Dzień w zasadzie już dobiega końca, ale nie mogłam się powstrzymać przed napisaniem tych paru słów. Nie mogłam, bo mam poczucie, że muszę o tym napisać - następną okazję będę miała dopiero za rok ;) A szybkie zjechanie po tablicy na Facebooku utwierdza mnie w przekonaniu, że nie ma sensu tego odkładać.
Pewnie wielu z was widziało już facebookową akcję "Nie obchodzę Halloween", niektórzy pewnie dołączyli. Wiele osób pewnie natknęło się na posty głoszące wyższość słowiańskich Dziadów nad nowym świętem, które przyszło do nas z zachodu. W okolicach 31 października w internecie dosłownie roi się od takich treści. Właśnie one sprawiły, że w końcu nie wytrzymałam i musiałam to skomentować. Bo uważam to za straszliwie irytujące.
Wiecie co? To jest po prostu idiotyczny snobizm. Nie obchodzicie Halloween? Obchodzicie w tym czasie inne święto lub po prostu was to nie kręci? No i świetnie. Naprawdę, spoko. Ale serio uważacie się z tego powodu za lepszych? I czy w ogóle naprawdę uważacie to za taką istotną kwestię, wartą oburzania się i publicznych deklaracji na portalu społecznościowym? To, że niektórzy lubią raz do roku śmiesznie się przebrać i dobrze bawić? Bo raczej właśnie tym jest Halloween dla ludzi w Polsce - nie znam nikogo, kto traktuje to święto... wróć, kto w ogóle traktuje to jak święto. Zwykle jest to po prostu okazja do fajnej zabawy. Ludzie lubią się powygłupiać, więc chętnie skorzystają z okazji, kiedy się taka nadarza. Naprawdę to taki problem?
Miejcie trochę dystansu. W tym roku nie robiłam nic wielkiego, ale np. w zeszłym spotkałam się z koleżanką i wydrążyłyśmy dynię. Przebrałyśmy się i było sporo zabawy. Nie, nie uważam, żebym w ten sposób niszczyła polską kulturę. Właśnie dlatego, że mam do tego dystans i wiem, że to tylko zabawa. Nie, nie zachęcam nikogo do robienia tak samo. Zachęcam tylko do spojrzenia na tę kwestię z innej perspektywy - i pozwolenia innym bawić się w taki sposób, na jaki mają ochotę.
I jeszcze jedno - nie oszukujcie się, że w ten sposób bronicie polskiej tradycji. Tak naprawdę, jedyne, co w ten sposób robicie, to denerwujecie ludzi. Ciekawa jestem, swoją drogą, ilu z was faktycznie obchodzi Dziady ;>
PS
Miałam recenzować odcinki Doktora, jednak zmieniła mi się trochę koncepcja. Niedługo pewnie pojawi się jakieś podsumowanie po połowie sezonu.
sobota, 31 października 2015
wtorek, 29 września 2015
Znowu w formie? - Doctor Who: The Magician's Apprentice/The Witch's Familiar
UWAGA: Witam wszystkich na moim blogu. Jest on jeszcze w budowie, mam
świadomość, że nie wszystko tu jest dopracowane. Postanowiłam
jednak wrzucić opinię o dwóch pierwszych odcinkach Doctora, zanim
się zdezaktualizuje. Zapraszam do czytania.
Zacznijmy od tego, że po ósmym
sezonie serii byłam dość rozczarowana i zniechęcona do serialu.
Nie na tyle, aby przestać go oglądać, ale w wystarczającym
stopniu, aby nie pałać wielkim entuzjazmem na myśl o nowych
odcinkach. Tak jak wiele innych osób, byłam zdania, że Moffat
powinien już zrezygnować z pozycji showrunnera. Nie chodzi tu o
niechęć do tego scenarzysty jako takiego – lubiłam sezony z
Jedenastym – ale o pewne zmęczenie materiału. O ile za czasów
Matta Smitha jako Doktora serial oczywiście też miał sporo wad, to
przede wszystkim wyczuwało się tu pomysł, zaangażowanie,
entuzjazm – wszystko to sprawiało, że oglądało się bardzo
miło, a niedociągnięcia można było zignorować, bo przecież hej
– serial to świetna zabawa! Niestety w długo wyczekiwanym 8
sezonie z równie długo wyczekiwanym 12 Doktorem tego wszystkiego
jakby zabrakło. Moffat zdawał się stracić serce do serialu, nie
mieć na niego pomysłu i kręcić się w kółko. Można by długo
pisać o niekonsekwentnie prowadzonych postaciach, wątkach,
zmarnowanym potencjale – ale to nie o tym notka. W każdym razie –
sezon mnie rozczarował (z wyjątkiem bardzo fajnego odcinka
świątecznego) – i z niepokojem myślałam o kolejnym. I
powiedziawszy to wszystko... muszę przyznać, że początek 9 sezonu
mnie kupił. Czyżby powrót do formy?
Zacznijmy od tego, że odcinek
(oczywiście chodzi o dwa odcinki, ale ponieważ to jedna historia,
zastosujmy taki skrót myślowy) jest po prostu ciekawy. Pomysł jest
intrygujący, a jednocześnie nieprzekombinowany. Wiem, że dla wielu
widzów historie z Dalekami stały się już nudne przez swoją
częstą powtarzalność – ze względu na prawa do postaci,
Dalekowie muszą pojawiać się w każdym sezonie. Trudno przez tyle
czasu wymyślać nowe, oryginalne historie z tymi samymi postaciami.
Tu się moim zdaniem udało. Wydarzenia rozgrywające się na Skaro
oglądałam z dużym zaciekawieniem. Spotkałam się z opiniami, że
Moffat niepotrzebnie wydłużył tę historię, bo spokojnie
zmieściłaby się w jednym odcinku, obecnie zaś jest bezsensownie
rozciągnięta, przez co nudna. Przyznam tu rację tylko częściowo
– faktycznie, mogę się z tym zgodzić, jeśli chodzi o pierwszy
odcinek – nie był specjalnie porywający, obyłoby się bez
niektórych wstawek, jak np. niezbyt śmieszne elementy komiczne. Nie
mam jednak takiego odczucia w przypadku części drugiej – wydaje
mi się, że dużo się działo, nie nudziłam się i nie miałam
wrażenia dłużyzn.
Zwróciłam też uwagę na inną rzecz,
mianowicie na pewnego rodzaju napięcie, grozę... Jak wiemy, od
pojawienia się 12 wcielenia Doktora serial zmienił trochę
konwencję na bardziej mroczną... przynajmniej z założenia. No
właśnie, w tym problem – do tej pory próby umrocznienia serii i
uczynienia jej nieco straszniejszą nie były dla mnie przekonujące
– jeśli miałabym to jakoś określić, to budziły raczej
zażenowanie. Tym razem pierwszy raz od dawna w tym serialu naprawdę
odczuwałam grozę. Przerażającą i obrzydliwą koncepcją wydały
mi się kanały stworzone z żywych Daleków; kiedy Clara weszła do
środka Daleka i zaczęły się z nią dziać dziwne rzeczy, bałam
się i denerwowałam razem z nią. A skoro już jesteśmy przy tej
kwestii – bardzo podobało mi się odniesienie do odcinka „Asylum
of the Daleks” - i nie miałam, jak często w takich momentach,
wrażenia irytującego recyklingu pomysłów. Nie było nachalnie,
nie było idiotycznie, wyszło naprawdę ciekawie.
Missy! Sama jestem zaskoczona, jak
dobrze udała się ta postać. Przyznam szczerze, że miałam co do
niej mieszane uczucia po 8 sezonie. Przeszkadzało mi trochę, że
Michelle Gomez gra taki typowy szalony czarny charakter – wszyscy
podobne postaci znamy i widzieliśmy już nie raz. Missy, choć w
jakiś sposób ratowała sezon, bo wnosiła do niego coś ciekawego –
nie powalała oryginalnością. Co dziś mogę powiedzieć? Ano to,
że nawet jeśli tak, to... kogo to obchodzi? Poważnie - nawet jeśli
bohaterka nie jest do końca oryginalna, to jest w tym taka świetna,
że nie pozostaje nic innego niż porzucić wątpliwości i zacząć
śpiewać „Hey, Missy, you so fine...” ;) Podkreślić przy tym
należy, że w tym odcinku było dużo możliwości zepsucia postaci
– w pewnych momentach pojawiała się u mnie – i zapewne nie
tylko – wątpliwość, czy ona nie jest aby za miła? Na szczęście
zaraz potem odsłaniała swoją prawdziwą twarz i wątpliwości się
rozwiewały. Udało się Moffatowi nie przesadzić i dzięki temu
tworzyć niejednoznaczną, ciekawą postać. Brawo!
Skoro jednak mowa o Missy, nie sposób
nie wspomnieć o innej ważnej osobie. Clara. Tu niestety pochwały
się kończą. Nawet nie tyle chodzi mi o samą postać – chociaż
nigdy jej nie lubiłam – mam raczej na myśli ten nachalny wątek
jej relacji z Doktorem. Tak, Moffat, wiemy, że Doktor jest do Clary
bardzo przywiązany, troszczy się o nią, w jakiś sposób kocha
(choć ja bym to bardziej nazwała obsesją). Nie trzeba nam tego
chamsko podsuwać pod nos, nie trzeba powtarzać ciągle. Subtelnie
zarysowane, mogłoby to być ładne i poruszające. Teraz jest
żenujące. Swoją drogą... cały czas mam wrażenie, że relacja
tej dwójki jest mocno niepokojąca, to jakieś chore uzależnienie.
Tu zdecydowanie jest coś mocno nie tak, widać to bardzo silnie
choćby w odcinku świątecznym. Jeśli to świadome działanie i
prowadzić ma do jakiejś ciekawej puenty, to jestem za. Obawiam się
natomiast, czy nie wynika to przypadkiem po prostu z nieudolności
scenarzystów w kwestii pisania relacji między bohaterami... Cóż,
mam nadzieję, że nie. Jeśli wątek doprowadzi nas w jakieś
ciekawe miejsce, odwołam z radością swoje słowa.
Odcinek nie był idealny, spokojnie
można by było znaleźć więcej wad. Mimo to ostatecznie mi się
spodobał. Nie tak, żebym oszalała z zachwytu, ale tak, że byłam
raczej zadowolona po obejrzeniu. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy
to oznacza, że sezon 9 będzie lepszy od poprzedniego. Może nie,
być może po prostu początek akurat zupełnie przypadkowo do mnie
trafił. Ale o tym przekonamy się już niedługo. Mam w planach
recenzowanie kolejnych odcinków, więc zapraszam do śledzenia
mojego bloga :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





